Pierwsze jesienne płocie

Kiedy temperatury stopniowo spadają i zamiast Słońca na niebie coraz częściej pojawiają się chmury, nad wodą w końcu robi się cicho.


Zamiast dziesiątek plażowiczów, spotkamy kilku niedzielnych przechodniów. Raz, kiedyś, ktoś zapyta czy bierze. A poza tym? Nikt nie krzyczy, nikt nie biega, nie ma rowerów wodnych. W końcu można w spokoju połowić.

To dobry czas, żeby wybrać się na bata. Woda wciąż jest bardzo ciepła i metabolizm wszystkich białych ryb jest mocno rozpędzony. Co to oznacza dla nas? Ryby intensywnie żerują i można łowić je praktycznie w każdym miejscu zbiornika. Oczywiście są miejsca gorsze i lepsze. Ja, mając nadzieję połowić płoci wybrałem miejsce, które w tym czasie zazwyczaj mi się sprawdzało. Jest to zatoka, z dość obfitą podwodną roślinnością, znajdującą się w pobliżu ostrego, jak na ten zbiornik, stoku. Dodatkowo jest to brzeg wschodni, czyli strona nawietrzna. To bardzo dobre łowisko, bo ryby doskonale wiedzą, że wypłukiwane przez fale pożywienie będzie wpadać wprost do ich pysków.

Nad wodą byłem koło południa. Po przybyciu na miejsce i rozłożeniu się zacząłem od wygruntowania łowiska. Było tu około 2,5 metra. Cała okolica była bardzo ciekawym blatem o takiej samej głębokości. Następnie przystąpiłem do przygotowania zanęty. Wybrałem mieszankę, która dotychczas dobrze sprawdzała mi się w tym miejscu.


Składały się na nią czarny Secret Roach od MVDE i glina wiążąca od Lorpio, kastery i pinka. Stworzyłem dwa rodzaje kul. Pierwsze czyli glina wymieszana z zanętą w proporcji 1:2 z dodatkiem kasterów, które miała pozostać na dnie i tam powoli uwalniać swoje frakcje.

Oraz drugie, przeznaczone na donęcania, złożone z tej samej (ale bez gliny), mocno domoczonej zanęty z pinką.



Do wody poleciało 5 kul pierwszego rodzaju, wielkości małej pomarańczy każda, tak by od razu zaczęły pracować. Zaraz po niej, do wody tuż obok spławika wylądowała mała kula już zanęty z pinką.






Zacząłem łowienie 5 cm nad dnem i brania następowały momentalnie po zarzuceniu zestawu. 3 pinki zostawały z łatwością pożerane przez około wymiarowe wzdręgi.

Brania na początku były praktycznie momentalne. Gdy tylko następowała chwila przerwy wystarczyło dorzucić małą kulkę mieszanki i wracał stan z przed chwili. Niestety drobnica nie dawała mi spokoju i choć, pojawiały się czasami większe płotki, nie było to nic powalającego. 

Za którymś razem, wyciągając zestaw zahaczyłem o podwodną roślinność i niestety urwałem haczyk nr 16, na który łowiłem. Jako, że nie miałem innych założyłem leszczowe 10-ki a na nie 6 pinek. Zaczęło się dziać coś ciekawszego. Z wody zaczęły wyjeżdżać płocie koło 20 centymetrów, które prawdopodobnie ciągle były w łowisku, ale nie mogły zassać przynęty, która od razu trafiała do pysków drobnicy. Większy hak, dawał pewną selektywność i choć łowiłem mniej, docierałem do tych średnich sztuk.

W pewnym momencie na kiju poczułem nieco większą rybę. Leszcza. Po kilku minutach walki na delikatnym zestawie, wylądował w podbieraku. Miał około 30 cm. Był to całkiem przyjemny przyłów, szczególnie, że dość dawno nie trafił mi się leszcz na tej wodzie.

Po leszczu trafiło się jeszcze kilka płotek. Już przyjemnych , jednak wciąż podobnych rozmiarowo. W pewnym momencie, zaciąłem coś większego. Okazało się, że to przyzwoita, dwudziestoparo-centymetrowa płoć.

Dochodziła 16, a mi wystarczyło już zabawy z białorybem. Złowiłem około 3-4 kg, więc wypad myślę, że można uznać za udany. Zabrakło co prawda rekordowej sztuki, ale zabawa była, a to chyba w tym wszystkim najważniejsze.