Wolińska przygoda cz.1


Tak się złożyło, że miałem możliwość spędzić ostatni weekend na pełnej jezior i jak przypuszczam pełnej okazowych ryb wyspie Wolin. Już się cieszyłem na poznanie nowych łowisk, choć prognozy nie napawały optymizmem. W piątek koło 14 z Kubą, wyjechaliśmy z deszczowej Zielonej Góry. Pogoda na drodze pokazywała, że nad morzem może być całkiem różnie. Raz świeciło słońce na praktycznie bezchmurnym niebie, raz nagła ulewa ograniczała widoczność do 50 metrów.
Około 17 dotarliśmy. Pierwsze co zrobiliśmy to krótki rekonesans bez wędek.


Jezioro Kołczewskie, bo nad nim spędziliśmy te dwa dni, to zbiornik o powierzchni lustra wody 49 ha i maksymalnej głębokości 4m. Przepływa przez nie rzeka - Lewieńska Struga, więc poza typowymi gatunkami zamieszkującymi wody stojące, spotkamy tu klenie czy jazie.
Przejrzystość wody jest  bardzo mała, a linia brzegowa dobrze rozwinięta. Znajdziemy wyraźnie wyodrębnione zatoki, często porośnięte roślinnością wynurzoną, a dodatkowo raczej mała głębokość determinuje nas do zaliczenia tej wody do typu szczupakowo-linowego.


 Co ciekawe jezioro wydaje się całkiem zapomniane. Nie widać tu praktycznie żadnych wędkarzy. Być może to kwestia tego, że znajdujemy się już poza sezonem letnim, chociaż na tak ładnej wodzie miejscowych łowców mimo to nie powinno brakować. A jednak, nikogo tu nie ma. Może miejscowi zamiast wędkarstwa praktykują nieco inną technikę połowu ryb... w końcu kto kontrolował by takie niepozorne łowisko gdzieś na końcu Polski.

Mimo tych wszystkich domniemywań, pełni chęci do działania około 8:30, dotarliśmy nad jezioro.

Nad wodą mżyło i wiało

Zacząłem od sprawdzonego Keitecha na lekkiej główce w kolorze pomarańczowo-zielonym. Już w pierwszych rzutach ryby delikatnie podskubywały i bodaj po 5 min z wody wyjechał pierwszy pasiak.


Kuba, jako że znał to łowisko bardzo dobrze, używał bocznego troka z zawieszonym na końcu małym paproszkiem. Metoda ta okazała się faktycznie skuteczna i z wody często wyciągał okonie, niestety wszystkie z tego samego rocznika. 



Łowienie z brzegu na jeziorze Kołczewo nie należy do najłatwiejszych. Praktycznie cała linia brzegowa jest silnie podmokła.

Jeden z łatwiejszych odcinków przez jakie przechodziliśmy

Pogoda tego dnia nie była dla nas łaskawa. Deszcz i wiatr momentami bardzo utrudniały łowienie.


Ryby żerowały chimerycznie. Dwa, trzy okonki skubały w jednej miejscówce, a potem przestawały. Było tak do pewnego momentu. Zatrzymaliśmy się przy dużym powalonym drzewie i raz za razem przy delikatnym podbijaniu fioletowego Swing Impacta coś ściągało gumę z haka.


Po dobrych 15 minutach, męczenia się ze skubaniem, wiatrem i deszczem, udało mi się wciąć rybę. Od razu czułem, że jest nieco większa, więc momentalnie się ucieszyłem. Po szybkim holu w podbieraku zameldował się około 25 centymetrowy okoń - największy tego dnia.


Koło południa, rozpadało się na dobre i musieliśmy wracać. Bilans to około 10 okoni i mały szczupaczek, którego Kuba wytargał jeszcze na bocznego troka. Jako, że warunki nie były idealne możemy uznać ten wynik za całkiem przyzwoity, a doświadczenia zebranego tego dnia na pewno zaprocentują w przyszłości.