Na łowisko wybraliśmy duży, ogólnodostępny pomost w północno-wschodniej części jeziora. Przyszliśmy koło godziny 10 i niestety zaczęło się od nieprzyjemnego incydentu.
Gdy rozkładałem sprzęt, z drugiej części pomostu usłyszałem tylko głośne chlupnięcie. Odwróciłem się, a tam Kuba jedną nogą wpadł do wody. Winną okazała się spróchniała deska, która pod ciężarem poluzowała się i puściła. Niestety nad naszymi wodami wiele jest miejsc, gdzie o podobne sytuacje nietrudno. Dlatego chciałbym zaapelować o ostrożność i zachowanie bezpieczeństwa, zważanie po czym się chodzi, aby z wędkowania zawsze wracać w całości.
| Sprawczyni całego zamieszania |
Na haku wylądowały pinki i białe, a w koszyku zanęta leszczowa MVDE zmieszana z gliną w stosunku 1:1. Przy rozrabianiu zanęty warto nawilżoną wcześniej glinę wymieszać stopniowo ze spożywką, a następnie taką mieszaninę dowilżyć jeszcze raz, tak aby osiągnęła odpowiednią konsystencję.
| Mieszanka przed domoczeniem |
Pierwsze nęcenia łowiska, ustawienie klipsa na kołowrotku, w celu zaznaczenia odległości łowienia i pierwszy zarzut przynęty. Na branie nie trzeba było długo czekać. Drgająca szczytówka ugięła się i z wody wyjechała 20 centymetrowa płoć.
| Kuba do połowów stosował miękką szczytówkę |
| Ja jako sygnalizatora zdecydowałem się użyć typowego swingera |
Co ciekawe do leszczowej, silnie waniliowej zanęty podchodziły same płocie. Dawno nie przytrafiła mi się sytuacja, w której z gruntu łowiłem tylko jeden gatunek.
Zabawa była przednia. Niestety koło południa, czas było kończyć. W dwie godziny wyciągnęliśmy około półtora kilograma ryb.
Z Wolina wróciłem wyłowiony, ale z lekkim niedosytem. Teraz czas najwyższy, żeby pogonić za jakimś zębatym potworem.
Z Wolina wróciłem wyłowiony, ale z lekkim niedosytem. Teraz czas najwyższy, żeby pogonić za jakimś zębatym potworem.