Wolińska przygoda cz.2


Drugi dzień przygody na Wolinie upłynął pod znakiem białorybu.

Na łowisko wybraliśmy duży, ogólnodostępny pomost w północno-wschodniej części jeziora. Przyszliśmy koło godziny 10 i niestety zaczęło się od nieprzyjemnego incydentu.

Gdy rozkładałem sprzęt, z drugiej części pomostu usłyszałem tylko głośne chlupnięcie. Odwróciłem się, a tam Kuba jedną nogą wpadł do wody. Winną okazała się spróchniała deska, która pod ciężarem poluzowała się i puściła. Niestety nad naszymi wodami wiele jest miejsc, gdzie o podobne sytuacje nietrudno. Dlatego chciałbym zaapelować o ostrożność i zachowanie bezpieczeństwa, zważanie po czym się chodzi, aby z wędkowania zawsze wracać w całości.

Sprawczyni całego zamieszania

Na szczęście przemoczone ubrania szybko udało się wymienić i przystąpić do łowienia. Z racji znacznego wiatru zdecydowaliśmy się wędkować metodą gruntową. Zestawy zbudowaliśmy standardowo, z koszyka 10g na rurce antysplątaniowej, koralika, krętlika i haczyka nr 12 na przyponie z żyłki 0.14.


Na haku wylądowały pinki i białe, a w koszyku zanęta leszczowa MVDE zmieszana z gliną w stosunku 1:1. Przy rozrabianiu zanęty warto nawilżoną wcześniej glinę wymieszać stopniowo ze spożywką, a następnie taką mieszaninę dowilżyć jeszcze raz, tak aby osiągnęła odpowiednią konsystencję.


Mieszanka przed domoczeniem

Pierwsze nęcenia łowiska, ustawienie klipsa na kołowrotku, w celu zaznaczenia odległości łowienia i pierwszy zarzut przynęty. Na branie nie trzeba było długo czekać. Drgająca szczytówka ugięła się i z wody wyjechała 20 centymetrowa płoć.
Kuba do połowów stosował miękką szczytówkę

Ja jako sygnalizatora zdecydowałem się użyć typowego swingera

Brań było co nie miara, ale dużej części z nich nie udało się zaciąć. Ryby momentami brały bardzo delikatnie, a czasami żyłka naprężała się jakby koniec zestawu ciągnął ogromny karp. Raz po raz wyciągaliśmy ryby około 20 cm.


Co ciekawe do leszczowej, silnie waniliowej zanęty podchodziły same płocie. Dawno nie przytrafiła mi się sytuacja, w której z gruntu łowiłem tylko jeden gatunek.




Zabawa była przednia. Niestety koło południa, czas było kończyć. W dwie godziny wyciągnęliśmy około półtora kilograma ryb.

Z Wolina wróciłem wyłowiony, ale z lekkim niedosytem. Teraz czas najwyższy, żeby pogonić za jakimś zębatym potworem.