Okonie z martwej wody


Zaopatrzeni w najdroższe przynęty na rynku, uzbrojeni po zęby w firmowe akcesoria i pewni swego przyjeżdżamy nad wodę, by poprzerzucać dziesiątki pasiaków na naszego ultralighta za kilkaset złotych. Pierwszy, drugi, dziesiąty rzut - nie ma żadnych efektów. Zdziwieni idziemy na drugą miejscówkę i sytuacja się powtarza - nic się nie dzieje. Dodatkowo powierzchnia wody nie ma ani jednej zmarszczki, nic się nie spławia, nic nie żeruje przy powierzchni.
Ten jakże znajomy scenariusz wędkarskich wypraw zmusza nas do kombinowania i szukania miejsc, w które nigdy byśmy nie zajrzeli.



Podobna sytuacja spotkała mnie podczas ostatniego wyjazdu na nowe jezioro. W wodzie nie działo się nic, no może pomijając małe wzdręgi przemykające od czasu do czasu między trzcinami. Poza tym, na 200 metrów w głąb jeziora woda miała około... 70 centymetrów. Co zrobiłem w tej sytuacji?

Zrezygnowany skierowałem się w pobliże przycumowanych do niewielkiego pomostu łódek. Pierwszy rzut w te okolice i ku mojemu zdziwieniu na kijku zameldował się 20-centymetrowy okonek. Kilka kolejnych rzutów i na zestawie siadały kolejne rybki, które całymi stadami ukrywały się w tym miejscu. Po około pół godzinie łowienia w siatce miałem 15 okoni.

Najlepiej sprawdzały się jaskółki prowadzone blisko łodzi

Częstotliwość brań z czasem ustawała, ale żeby utrzymać ją na jak najwyższym poziomie wszystkie złowione ryby na czas wędkowania przetrzymywałem w siatce, tak by nie płoszyć żerujących pasiaków.

Okonie trzymają się łódek z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze, to doskonała kryjówka, w której pozostają niewidoczne dla przypowierzchniowej drobnicy i po drugie, mają darmową stołówkę w postaci różnego rodzaju resztek pozostawionych przez ludzi.

Podsumowując, kiedy wszystko inne zawodzi, wykonajcie kilka rzutów w pobliskiej marinie, a nie wrócicie do domu o kiju.